
Trudno uwierzyć w to, że sami zaczynamy się starzeć. Widać to jednak nie tylko w siwych włosach, czy trochę gorszej kondyncji fizycznej, ale po własnych dzieciach i nowych kolegach w pracy. Kiedy ostatnio zaczęłam opowiadać kolegom coś latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, dajmy na to przy okazji słyszanej piosenki, zdałam sobie sprawe sprawę, że ich wtedy nie było jeszcze na świecie. Zeszłego roku, siedząc w dawnym klubie "Brama" w Warszawie ze znajomymi w tym samym skladzie co przed trzydziestu laty, zauważyliśmy, że moglibyśmy być rodzicami wielu obecnych gości. W tym miesiącu moje młodsze dziecko, już tutaj urodzone, kończy szkołę średnią. I tak koło się zamknęło.
Dwadzieścia lat temu i parę miesięcy wylądowaliśmy na lotnisku w Newark z dwuletnia córeczką i z dużym nadbagażem. Mąż wracał na stare śmieci, a ja miałam misję poznania lepiej kraju, który pięć lat później stał się moją drugą ojczyzną. Wiadomo, że ojczyznę ma się raczej jedną, nazwałabym go raczej drugim, dorosłym domem. Jeśli człowiek przeprowadza się do innego miejsca na świecie przed ukończeniem trzydziestego piątego roku życia (tak jak ja wtedy), jest już uformowany, ale wciąż na tyle młody, żeby jakoś się zaadoptować. Adaptacja do nowych warunków jak wiadomo nie jest łatwa i może być bolesna. U mnie sytuacja była na tyle specyficzna, że przyjechałam z małym dzieckiem, a po dwóch latach urodziło się następne. Wychowywanie dzieci było o tyle trudniejsze, że nie posiadałam grupy w wsparcia w postaci własnej rodziny, a jak wiadomo - "it takes a village to raise a child" (potrzeba całej wioski, aby wychować jedno dziecko).
Wiadomo, że najlepszy rodzic, to rodzic szczęśliwy, a ja była rodzicem miotającym się w nowej rzeczywistości. Wiele razy jednak klnąc pod nosem, przypominałam sobie moją delikatną i wychuchaną warszawską Babcię, która jakimś cudem urodziła troje dzieci w mieście, na które spadały ze świstem bomby w czasie drugiej wojny swiatowej (czwarte kilka lat po niej).Babcia była prawie aniołem i nigdy nie narzekała, a co wiecej nigdy o nikim nic złego nie powiedziała. Chciałabym mieć jej podejście do świata. Własnie na emigracji często o niej myślałam. Okazało się jednak, że znalazła się inna "wieś", byla to rodzina mojego męża, nowe ciocie i wujkowie, panie nauczycielki z przedszkola, a potem szkół oraz gromadka nowo poznanych, szkolnych mam. Co do kariery, na początku musiałam stanąć prawie na rzęsach, żeby znależć pracę, która warta byłaby zachodu, nikogo bowiem nie interesowały moje dyplomy z obcego kraju, a brak doświadczenia zawodowego w USA nie był również moim sprzymierzeńcem.
Tutaj nie ma nic dziwnego w byciu emigrantem. W Ameryce większość ludzi jest z innych krajów i kultur. Mieszanka może być fascynująca i w równej mierze konfundująca. U mnie jednak na szczęście, zawsze przeważala fascynacja innymi kulturami. Myślę, że dzieci wychowujące się w USA są bardziej tolerancyjne i bardziej otwarte na inne kultury, bo są na te różnice wystawiane od małego. Gdy teraz czytam niektóre komentarze w polskich mediach społecznościowych, na temat innych narodowości, jeży mi sie mój długi włos na głowie. Zabawnie jednak brzmi, gdy Amerykanie mówią, że są Polakami albo Niemcami, ale mają na myśli fakt, że są polskiego albo niemieckiego pochodzenia. Do tego właściwie nic o swoim pochodzeniu nie wiedzą, za wyjatkiem nazwiska i nazw kilku świątecznych potraw. Niektórzy jednak stare tradycje wciąż kontynuuja i są z nich wciąż dumni.
Dwie dekady robią swoje. Polska, z której wyjechaliśmy na początku 2006 roku, to nie jest już ten sam kraj. Wtedy dopiero co wkroczyła do Unii Europejskiej, rzesze Polaków udały się na emigracje do krajów Unii, gospodarka była na innym poziomie niż dzisiaj. Polacy zawsze byli przedsiębiorczy, w czasie tych ostatanich lat stali się bardziej kosmpolityczni, co widać już szczególnie u młodego pokolenia. Gdy przyjechałam tu dwadzieścia lat temu, niektórzy pytali mnie, czy w Polsce nadal panuje komunizm i czy nadal się tak trudno żyje. Oczywiście, wciąż zdarzają się ludzie, którzy nawet nie wiedzą, gdzie Polska leży. Dzisiaj jednak kraj nad Wisłą jest widziany z pozycji zupełnie innego gracza. Amerykanie zafascynowani są państwem, który w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat odbił się ekonomicznie, jest w nim bezpiecznie i broni on własnych tradycji. Prawdopodobnie inni patrzą na nas bardziej pozytywnie, niż my sami na siebie, i nie dotyczy to tylko kraju.
Z kolei Stany Zjednoczone nie mają tak dobrego wizerunku w mediach jak Polska. Chodzi tutaj głównie o różne decyzje polityczne, można powiedzieć, że jest dużo czarnego PR na temat tego mocarstwa. Ale to jak się tutaj żyje, to zupełnie inna sprawa i może się o tym przekonać ktoś, kto ogląda ten obraz z obydwu stron. Pomimo stwierdzeń, że amerykański mit ("American Dream") już nie istnieje, wciąż przylatują tu samoloty pełne ludzi, chcących poznać smak amerykańskiej przygody. Dla uściślenia, w latach 2024-2025 do Stanów Zjednoczonych przybyło 1.3 miliona legalnych emigrantów. Większość z nich przyjeżdża tutaj by dołączyc do rodziny, część na studia i do pracy, a niewielką liczbę stanowią ludzie poszukujacy azylu. Dziś są to głównie ucieknierzy z Afganistanu i Syrii, ale pamietajmy, że azylu politycznego szukali w USA kiedyś Polacy. Życzę nam wszystkim, żeby już nigdy do tego więcej nie doszło.
Zdjecie autorki: charakterstyczne szkolne autobusy w New Jersey.