
W sierpniu tego roku, minęło dwadzieścia pięć lat, odkąd przyjechałam po raz pierwszy do Nowego Jorku. Oprowadzał mnie po nim mój przyszły jeszcze wtedy mąż, który zna to miasto jak własną kieszeń. Podczas jednego z dni zwiedzania, a było to na samym poczatku września lub pod kniec sierpnia 2001 roku, znależliśmy się koło wieżowców "Twin Towers", należących do World Trade Center . Robiły fantastyczne wrażenie, jak dwie wspólczesne katedry wystrzelone do nieba. Weszliśmy do hallu na parterze, gdzie rządne obejrzenia widoków Nowego Jorku tłoczyły się rzesze ludzi. Hinduskie, wielopokoleniowe rodziny, Europejczycy, Azjaci, ten cały barwny tłum, który tak mi się tu podobał. Cały świat w pigułce. Pochodzilismy trochę w środku i jakoś razem doszliśmy do wniosku, że jest za dużo ludzi i przyjdziemy tutaj innym razem. Mieliśmy złe przeczucia.
Jak wiadomo, inny raz juz nie mógł się zdażyć. Na początku września wrócilismy do Warszawy. Owego feralnego dnia wyszłam z pracy i pojechałam po coś do Centrum. Weszłam do Dunkin Donuts w Alejach Jerozolimskich, a tam tłumek ludzi patrzył się ciekawie w telewizor na ścianie. Szły jakieś wiadomości, a na ekranie widać było dwie już płonące, nowojorskie wieże World Trade Center. Nie wierzyłam własnym oczom, gdyż Ameryka wydawała mi się najbezpieczniejszym krajem. Nikt nie wiedział jeszcze o co chodzi, pojechałam do biura i tam śledziłam godzina po godzinie co działo się w Nowym Jorku. Jako, że firma w której pracowałam była amerykańska, nikt już tego dnia nie mógł normalnie pracować. Znajomi ekspaci spotkali sie w jednym z pubów i próbowali zagłuszyć swoja rozpacz. Wieże były przecież jednym z symboli miasta, które nigdy nie śpi. Ludzie dzwonili do swoich rodzin i znajomych, starając się sprawdzić, czy są bezpieczni.
W czasie kolejnych dni dowiadowaliśmy się, co tak naprawdę sie stało. Terroryści z Al Ka'idy, dwoma uprowadzonymi pasażerskimi samolotami uderzyli w odstępie siedemnastu minut w Twin Towers. Okazało sie, ze terroryści z Al Ka'idy zaatakowali też Pentagon, gdzie zginęło ponad sto sześdziesiąt osób. Czwarty uprowadzony samolot rozbił się w polu w Pennsylvanii, po tym jak pasażerowie świadomi ataków terrosrystycznych przejęli kontrole nad napastnikami. Możliwe, że ostatni samolot miał uderzyć w Biały Dom lub Kapitol. Tragedia goniła tragedię. Co było najgorsze, nikt z Amerykanów nie czuł sie już bezpiecznie. Zaatakować w tak straszny sposób Nowy Jork, to nie mieściło się nikomu w głowie.
To była tragedia ogromnej skali, ludzie z obu wież, którzy znajdowali się na najwyższych piętrach, jako, że samoloty uderzyły w pietra pod nimi, zostali odcięci od pomocy. Niektórzy desperacko skakali z okien, nie widząc innego wyjścia. Te makabryczne zdjęcia znalazły sie w gazetach, szczególnie znane jest jedno "Falling man" (Spadajacy mężczyzna), które obiegło cały świat. Nie wszystkim udało się zejść po schodach ewakuacyjnych, panował chaos i służby wydawały sprzeczne polecenia. Pracownicy pogotowia nowojorskiego odbierali dramatyczne telefony od osób, które szukały pomocy w ucieczce z tego piekła. Nowojorscy strażacy i policjanci stali sie wielkimi bohaterami tego dnia, wielu z nich straciło życie w walących się budynkach i w ogniu. Szacuje się, że zginęło aż trzystu policjantów.
Na "You Tube" istnieje teraz wiele kanałów, poświęconych jedenastemu września. Zobaczyć można na nich wiele amatorskich filmów, które dokładnie zarejestrowały te dramatyczne momenty. Można też obejrzeć wywiady ze szczęśliwcami, którzy w jakiś cudowny sposób uratowali się z walących się wież, jak pan, którego podmuch eksplozji wyrwał siedzącego w krześle kilka pieter niżej - gdzie został ocalony. Wiele osób, które przeżyły atak, cierpiały przez lata na PTSD (Post Traumatic Stress Disorder) i nie mogły normalnie funkcjonować, nawet po terapii i lekach. Opowiadała o tym ocalała Polka, która została uratowana przez swoich dwóch kolegów, którzy pomogli jej wydostać sie z budynku prowadzac ją pod reke po schodach ewakuacyjnych.
Słynne zdjęcie Marcy Borders, młodej pracownicy Bank of America, która wychodzi z wieży pólnocnej cała w pyle, nazwane zostało "The dust lady" i obiegło cały świat. Marcy desperacko zeszła osiemdziesiąt pięter w dół, będąc przy tym świadkiem dantejskich scen, m.inn. zmasakrownanych czy wyskakujących z okien ludzi. Pamięta, że strażacy, którzy biegli do góry, krzyczeli, żeby nie oglądać się za siebie i uciekać na dół. Marcy dotarła do lobby i wówczas Stan Honda z AFP zrobił jej słynne zdjęcia, nazwane później - "The dust lady" (dama w pyle). Nieznajomy zaprowadził kobietę do bezpiecznego miejsca. W tym czasie runęła druga wieża. Marcy pamięta, że nie mogła oddychać, unoszący się pył wchodził do nosa i ust. Dusiła się. Powtarzała tylko sobie cały czas :"Nie chcę umierać, nie chcę umierać".
Marcy przez dekadę po tragicznym ataku, zmagała sie z depresją i uzależnieniami. Nie mogła patrzeć na wysokie budynki. Resztę swojego życia spędziła w New Jersey, w okolicach swojego domu. Prawdopodobnie nie pojechała już więcej na Manhattan. Gdy wychodziła na prosta po kolejnych odwykach, zachorowała na raka. Zmarła w wieku czterdziestu dwóch lat, w 2015 roku. Przed śmiercią skarżyła się, że nie mogła spłacić rachunku medycznego w wysokosci 190 tysiecy dolarów. Osierociła córkę.
W atakach terrorystycznych 11 wrzesnia 2001 roku zginęło dwa tysiące dziewięćset siedemdziesiąt siedem osób. Sześć tysięcy osób doznało obrażeń. Spośród ocalałych cywilów i ratowników, na raka zachorowało trzy tysiące siedemset osób. Tak fatalne skutki miało wdychanie toksycznych gazów i azbestu. W wieżach zginęło ośmiu Polaków, w tym Norbert Szurkowski, syn Ryszarda Szurkowskiego - słynnego polskiego kolarza.
Z naszej miejscowości w New Jersey, pietnaście osób udało sie tego feralnego dnia do pracy w Twin Towers. Niestety już nigdy nie wrócili. Na parkingu przy stacji kolejowej, stały przez wiele dni ich samochody, jak wspomina jedna z mieszkanek.
W tekście wykorzystałam artykuł na stronie "All that interesting.com" zatytułowany "The story of Marcy Borders, the dust lady of 9/11", autorstwa Natashy Ishak.
Zdjecie: Bloomberg.