"Dzienniki amerykańskie" Julii Hartwig przeczytałam z wielkim zainteresowaniem, gdyż pomimo tego, że autorka opisuje w niej Amerykę z początku lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, wiele jej spostrzeżeń jest wciąż aktualnych.

High Line jest przykładem jednego z tych genialnych pomysłów, które są zadziwiające w swej prostocie i jak się potem okazuje, stają się niezwykle lubiane i przy okazji przynoszą zysk.

Londyn to jedno z tych miejsc, do których zawsze lubię wracać. Mam do niego sentyment, bo tutaj przyjeżdżałam najpierw jako licealistka, potem studentka a teraz po raz pierwszy z własnymi dziećmi. Zawsze czuję się tu jak u siebie.

Za każdym razem gdy przyjeżdżamy do Filadelfii, dzieje się tam coś ciekawego.

 

Patrząc na dzieci z New Jersey często współczuję im stylu życia, jaki narzucili im rodzice i presja społeczna. Wszystko ustawione z zegarkiem w ręku, mało spontaniczności, szkoła, potem zajęcia pozalekcyjne i koniecznie jakiś sport.

W przyszłym miesiącu będę piła szampana z okazji 10 rocznicy mojej przeprowadzki do Stanów Zjednoczonych. Jak to w życiu, jest co świętować i znalazłoby się parę rzeczy, których można pożałować.

Mój syn do świętych (jeszcze) nie należy. Jest raczej enfant terrible naszej rodziny. Wszystkie swe niecne wyczyny i kawały robi oczywiście z wrodzonym sobie wdziękiem, że trudno mu ich nie wybaczyć. Jak sam twierdzi, chce tylko być śmieszny.

Czy obecny świat jest mniej bezpieczny niż w przeszłości? Tylko w którym momencie przeszłości i czy naprawdę jest tak źle jak nam się wydaje (tutaj wyobraźmy sobie różne najmroczniejsze okresy w historii świata).

Następnego dnia po moim powrocie z Warszawy mój siedmioletni syn przyszedł mnie rano obudzić, przytulił się do mnie po czym z zachwytem stwierdził "pachniesz jak Polska".

Strony

Subskrybuj Wolna Amerykanka RSS