Przyjechałam do mojej rodzinnej Warszawy po sześciu latach nieobecności. To  był najdłuższy okres, podczas którego nie było mnie w Polsce i tym samym, przed wylotem kłębiło się we mnie wiele emocji.

Może ktoś z Was pamięta scenę ze "Śniadania u Tiffany'ego" w której sprzedawca uprzejmie zgadza się na wygrawerowanie imienia Holly na metalowej obrączce, bynajmniej nie od Tiffany'ego a będącej dodatkiem bodajże do platków śniadaniowych.

Niedawno czytałam gdzieś artykuł, w którym naukowcy dowodzili, że ludzie, którzy decydują się na emigrację mają silny gen optymizmu! Wykryto go w dużym stopniu wśród potomków emigrantów amerykańskich.

Europejczycy nie mają dobrego zdania o amerykańskim poziomie nauczania (no, może poza prestiżowymi uniwersytetami). Panuje powszechna opinia, że Amerykanie nie znają historii Europy, języków obcych i wielu nie wie gdzie Polska leży.

Drogie Panie, nim zdecydujecie się na dziecko w Ameryce, zróbcie wszystko, aby zapewnić sobie wcześniej ubezpieczenie medyczne.

Albo to lubisz, albo nie. Ja po dziewięciu latach mieszkania na tzw. suburbs, mogę kategorycznie stwierdzić, że wolę duże miasto. Tak się jednak czasem w życiu układa, że trzeba coś robić wbrew sobie i szukać w tym tymczasowego sensu.

Nowy Jork jest tak zmysłowy i pobudzający, że przypomina mi afrodyzjak. Posiada to, czego zawsze brakowało mi w Polsce: naturalność, luz i radość życia. To miasto jest jak głęboki oddech, który napełnia cię dobrą energią.

Już sama nawet nie wiem ile razy bylam w Nowym Jorku, mogę jedynie stwierdzić, że od tych kilkunastu lat, gdy zobaczyłam to miasto po raz pierwszy, cały czas mnie fascynuje.

Tym pytaniem żegnałam się z moją rodzinną Warszawą ostatniego dnia lutego 2006 roku na lotnisku Okęcie.

Strony

Subskrybuj Wolna Amerykanka RSS