Wpis dedykuję mojemu nieżyjącemu Ojcu, który uwielbiał Stany Zjednoczone, ale przez odmowę moją i mamy w 1981 roku, nigdy nie wyemigrował.

 

"Wesołe jest zycie staruszka"

Jak już wcześniej pisałam, jako osobie lubiącej duże miasta, trudno byłoby mi od początku przyzwyczaić się do życia na amerykańskich przedmieściach. Jak się jednak okazuje, potrafią one zaskakiwać. Tzw.

Jak twierdził mój ś.p. Ojciec, następne pokolenie jest bardziej zaawansowanym intelektualnie modelem rodzica. Patrząc na moje dzieci, a dzisiaj skupiam się na córce, chyba coś w tym jest.

Dzisiaj szkoły zamknięte są w naszym mieście z powodu  żydowskiego święta Yom Kippur. Na naszej ulicy znajduje się reformowana synagoga w której miałam okazję poznać już ceremoniał Bar Mitzvah i Bat Mitzvah (opisałam jej w starszym poście).

Często mijamy naszych sąsiadów w codziennym pośpiechu nie poznawszy ich bliżej. Kilka dni temu odszedł od nas 68-letni sąsiad Chuck, weteran wojny w Wietnamie, jeden z zapomnianych amerykańskich, narodowych bohaterów.

Wpis dedykuję mojej Mamie i Ojcu, któremu zawdzięczam ogromne wsparcie i zrozumienie w moim cielęcym okresie życia i który odszedł od nas dokładnie czternaście lat temu.

 

W zrozumieniu amerykańskiego fenomenu nomen omen pomagają mi najbardziej europejscy pisarze i historycy. Tuż po przyjeździe mąż kupił mi wspaniałą książkę o historii Ameryki, autorstwa brytyjskiego historyka Allistaira Cooka.

Kondycja mężczyzn w Ameryce nie jest ostatnio najlepsza.

Czasami bywa tak, że oprócz obecnej, dostajemy od losu nową narodowość. Bywa, że jestesmy już zupełnie dorośli. I zastanawiamy się, co to właściwie dla nas znaczy?

Strony

Subskrybuj Wolna Amerykanka RSS